Nowe życie

Tarnica

Postawiłem przed sobą ambitny cel. Wejść z Wołosatego przez Halicz na Tarnicę. Ktoś mógłby rzec – „Co to za wyzwanie? Zaledwie 1346 m n.p.m.” Owszem, szczyt nie imponuje wysokością. Jednak dla mnie, faceta, który waży 2x tyle ile przeciętny człowiek, jest to ogromne wyzwanie. Wiem, że ludzie będą ze zdziwieniem a może i ironicznymi uśmiechami patrzeć na takie dziwadło i pytać się w myślach – „Co on tu robi? Chyba coś mu się pomyliło?” Wiem, że co kilka kroków będę się zatrzymywał, żeby złapać oddech, bo mam wydolność na poziomie małego dziecka. Wiem, że w pewnym momencie złapią mnie skurcze ud, bo zawsze się tak dzieje. Wiem, że jeśli uda mi się wejść i zejść, ledwo doczłapię na nocleg, a następnego dnia nie będę w stanie ruszyć się. W takim razie, dlaczego tam idę? Żona wielokrotnie mnie pytała po powrocie z gór, gdy widziała mnie ledwo człapiącego i obolałego – dlaczego to robię. Tłumaczyłem, ale nie wiem, czy do końca to rozumiała. Dopóki ktoś nie zachoruje na górofilię, nie potrafi w 100% zrozumieć, co się dzieje z sercem, duszą i umysłem góroholika w trakcie i po wspinaczce.

Jest wiele powodów. Bo kocham góry. Bo cały czas w głowie gra mi Stare Dobre Małżeństwo i Cisza Jak Ta. Bo Bieszczady są ostatnim polskim jako takim bastionem dzikości gór i ucieczką od zgiełku dzisiejszego świata. Bo nigdzie tak bardzo jak w górach nie czuję się tak blisko Boga. Jak zawsze prosto lecz w punkt artykułuje to Krzysiek Myszkowski: „chyba dostąpimy tu wniebowstąpienia”, czy „stąd do ziemi dalej niż do gwiazd”. Wreszcie dla satysfakcji z pokonanego kolejnego szczytu. A Tarnica jest szczytem symbolicznym.

Zanim doszedłem do Przełęczy Bukowskiej, kilka razy musiałem zatrzymać się dla złapania oddechu. Ale dopiero na podejściu powyżej wiaty dopadł mnie pierwszy kryzys. Płuca mnie piekły, nogi zaczynały boleć i obudził się we mnie ten złośliwy chochlik, który zawsze przekonuje mnie, że dalej już nie dam rady, a jeśli wrócę, nic się takiego nie stanie. Przecież nikt się nie dowie, prawda? Typa znam jak zły szeląg. Próbuje na mnie swoich sztuczek, odkąd wróciłem na szlaki po ponad 15 latach grzania kanapy. Dlatego już wiem, jak go zrównać do poziomu białego szumu. Jednak gorzej jest z moim ciałem. Gdy odetnie mi prąd, nie będzie za ciekawie. A to dopiero początek…

Promień

Kryzys przemogłem i wyszedłem po kolei na Rozsypaniec i Halicz, po drodze zaliczając jeszcze kilka kryzysów. Gdy zobaczyłem, że dalsza droga prowadzi głównie w dół, początkowo się ucieszyłem, bo nieco to odciąży mój obolały organizm. Dopiero gdy zobaczyłem, jak nisko muszę zejść na Przełęcz Goprowską, żeby potem wspiąć się na Tarnicę, włączyło mi się ostrzegawcze światełko.

Schody

Po krótkim odpoczynku we wiacie rozpocząłem moje ostatnie podejście. Okazało się, że jest to kilkaset schodów. Niestety były to schody do nieba tylko wizualnie. Fizycznie był to raczej zjazd do Hadesu. Co dziesięć schodków postój, żeby złapać oddech i rozmasować skurcze. W myślach przeklinałem windy ciężko pracujące w bloku, w którym się wychowałem. Dlaczego dałem im się skusić jak młodzieniec urodziwej pannie? Dlaczego nie zaprzyjaźniłem się ze schodami? Dopiero tam naprawdę poczułem niewysłowiony podziw dla Piotrka Łobodzińskiego. On by pewnie na Tarnicę wbiegł w czasie poniżej 5 minut. Mozolnie – wlokąc noga za nogą – wyszedłem na Siodło pod Tarnicą.

I umarłem.

Fizycznie i psychicznie skonałem.

Świeca

Nie było takiej pozycji ani ruchu, który choć na chwilę powstrzymałby paraliżujące skurcze ud i podudzi. Oddech łapałem jak bożonarodzeniowy karp po dotarciu do domu z targu. Ze łzami w oczach patrzyłem na tabliczkę informującą, że jeśli skręcę w lewo, na szczyt Tarnicy dojdę w 15 minut. Niestety. Jak okiem sięgnąć, widziałem kolejny schodek za schodkiem i za nimi jeszcze więcej schodów. Natomiast jeśli pójdę prosto, zejdę sobie do Wołosatego. Całe moje obolałe jestestwo panicznie krzyczało – „Nawet o tym nie myśl! W tej chwili schodzimy do Wołosatego. Pieprz tę górkę. Prawie doszedłeś na szczyt. Kto będzie wiedział, że tam faktycznie nie dotarłeś?!”

Na szczęście na to ostatnie pytanie miałem gotową odpowiedź. „Ja!” I to wystarczyło, żebym się nieco uspokoił. Pomyślałem, co mogę zrobić i jakie mam szanse, żeby tam wejść. Żadne. Chyba że z pomocą. Rozejrzałem się. Wokół sami szczupli, wysportowani i zaprawieni w bojach turyści, wszyscy idący całymi paczkami, rozmawiający, żartujący, śmiejący się. Gdzie im tam będę zawracał głowę? I gdy tak patrzyłem na drogowskaz, wreszcie to zobaczyłem. Krzyż. Dlaczego od razu o tym nie pomyślałem? Tylko jedna osoba może dokonać niemożliwego bez najmniejszych trudności.

Padłem na kolana i zacząłem trudną rozmowę z Jezusem. No bo jakże to tak – przyznać się, że jestem słabym? Mięczakiem? Nikim? Poprosić go o pomoc? Dlaczego miałby pomóc akurat mnie? … Ano dlatego, że on kocha wszystkich ludzi, a zwłaszcza tych, którzy świadomi swoich ludzkich ograniczeń, nie wstydzą się go wezwać na pomoc. Swoją modlitwę zakończyłem swoistym ultimatum: Najdroższy Jezu, spróbuję wejść na szczyt Tarnicy. Lecz to Ty będziesz moimi nogami, to Ty będziesz moimi płucami i wreszcie to Ty będziesz moim umysłem. Każda najdrobniejsza komórka w moim organizmie będzie Twoją komórką. Jak dbasz, tak masz. Jeśli chcesz, żebym spojrzał na otaczające mnie piękno z najwyższego szczytu Bieszczad, musisz wdrapać się tam za mnie. Bo ja już nie mam siły i sam nie dam rady. W Tobie cała moja nadzieja.

Skok

„Sometimes your only available transportation is a leap of faith

Margaret Shepard

Z przeszywającym bólem wstałem i krok po kroczku skierowałem się w stronę złowrogiego szczytu. I z każdym krokiem czułem, że skurcze powoli ustępują, że z coraz mniejszym bólem mogę podnosić nogi, aby postawić kolejny krok. Owszem bolało. Ale był to prawie nieodczuwalny ból w porównaniu z tym, co przeżyłem wcześniej. I tak powolutku trasę, która powinna zająć 15 minut, pokonałem w ponad pół godziny. Lecz na końcu czekało na mnie niebo. Zmartwychwstałem. Krzyż, który zobaczyłem na szczycie, był najpiękniejszym, jaki kiedykolwiek widziałem. Usłyszałem w głowie pytanie mocno przyprawione ironią i z trudnością skrywanym szyderstwem: „I co – nie można było tak od razu? Wy, ludzie, nigdy się nie nauczycie…”

Tarnica

Byłem chyba ostatnim turystą tego dnia na Tarnicy, bo była to końcówka września, czyli po sezonie, godzina 17. Samotnie siedząc na ławce na szczycie Bieszczad analizowałem, co się stało. I zrozumiałem. Jezus mi pomógł, bo dokładnie wiedział, co czuję. Myślę, że bardzo dobitnie współodczuwał moją własną małą Golgotę. I właśnie dlatego bez wahania mi pomógł. On niosąc krzyż upadł zaledwie 3 razy. Ja – pewnie grubo ponad setkę. Dla niego była to ostatnia droga, na końcu której oddał za nas życie. Dla mnie to była przełomowa droga, która otwarła mi oczy na inne postrzeganie świata. Ja również musiałem na tej drodze „umrzeć”, żeby móc „zmartwychwstać” i zmienić swoje życie.

I właśnie wtedy poczułem się zdobywcą. I to nie dlatego, że wbrew zewnętrznym ale i wewnętrznym przeciwnościom dotarłem do celu, do którego zmierzałem. Lecz przede wszystkim zdobyłem się na przyznanie do swojej absolutnej niemocy i poproszenie Go o pomoc. I było to największe przeżycie w całym moim dotychczasowym życiu. Ten moment kompletnie odmienił moje życie. Ale o tym innym razem…